REJS PO NILU...

Rejs po Nilu to niesamowita przygoda, którą każdy Egiptomaniak powinien przeżyć. Sam rejs statkiem po Nilu i podziwianie pięknych widoków, egipskich wschodów i zachodów słońca, egipskiego codziennego życia nad brzegiem rzeki, to już coś. Do tego mnóstwo zwiedzania południowego Egiptu usianego w starożytne świątynie, grobowce oraz inne piękne miejsca państwa faraonów. Od dawna rejs po Nilu był moim marzeniem, a jak wiadomo marzenia należy spełniać - tym bardziej te egipskie. Dlatego z dumą mogę Wam zrelacjonować całą egipską przygodę, którą było mi dane przeżyć. Zaznaczę od razu, że chcąc wybrać się na rejs po Nilu możecie znaleźć różne ceny (nawet 1500zł). Jednak zwróćcie uwagę na małe * gdzie zaznaczone są dodatkowe koszty typu opłaty portowe (ok.300$), czy obowiązkowe napiwki dla załogi (30$) no i program. Część miejsc jest ujęta w cenie, a część traktowana jako wycieczki fakultatywne (dodatkowo płatne). Mój rejs był zorganizowany przez moich przyjaciół z FM Tours&Travel, decydując się na rejs z nimi macie przejrzyście przedstawione koszty, bardzo bogaty program (większość w cenie), super opiekę najlepszego egipskiego przewodnika mówiącego po polsku i gwarancję zadowolenia. Gorąco Wam polecam: 
http://egipt-wakacje.pl/wycieczka-do-hurghady-1.html

Tyle tytułem wstępu ;), teraz przenosimy się do Egiptu i płyniemy :)...

Dzień 1 - no to lecimy do Egiptu...

Pierwszy dzień przeznaczony jest na przylot do Egiptu. No i tu loteria, oczywiście każdy z nas wraz ze zbliżającym się wyjazdem obserwuje planowane godziny wylotu licząc na wczesną porę i brak opóźnień. W tym roku (2018) niestety często zdarzały się opóźnienia, a nawet odwołania lotów. Nasz wylot z Poznania odbył się z lekkim poślizgiem ok. godziny 22 egipską linią Al Masria.  Linia niedawno weszła na rynek, mimo że posiada tylko 3 samoloty świetnie sobie radzi. Nie zaliczyła żadnych wpadek, no i ma dwa atuty: na pokładzie jest darmowy catering w postaci napojów i kanapki oraz w swojej flocie ma Airbusa 330-200 - czyli szeroko kadłubowa wersja tego samolotu z rzędami siedzeń 2 - 4 - 2 - jest wygodniej niż w standardowych czarterach. 






Po 4 godzinach lotu, witamy egipską ziemię. Uwielbiam tą chwilę, kiedy drzwi od samolotu otwierają się, powoli idę do wyjścia i staję na podstawionych schodach, biorę głęboki wdech, egipskie powietrze wypełnia moje płuca...wtedy myślę sobie: "Witaj w domu". Po procedurze urzędowej (wiza, paszporty, bagaże), udajemy się do wyjścia, gdzie czeka na nas Ahmed - najlepszy egipski przewodnik mówiący po polsku, przy okazji egiptolog Uniwersytetu w Kairze i  bardzo inteligenty chłopak. Siadamy do busa i jedziemy do hotelu...My wybraliśmy Seagulla, pomimo różnych opinii, bardzo lubię ten hotel i chętnie do niego wracam. Główny atut - w ścisłym centrum, poza tym ma bardzo dobre jedzenie, miłą obsługę i przeprowadza na bieżąco remonty pokoi. Pomimo iż jest w centrum i z tej racji  nie jest molochem, ma sporo bardzo zadbanych alejek z zielenią, baseny, nawet mały aqua park i mini zoo. Kolejny plus dla hotelu all 24h, więc nie musicie się martwić, że jak przyjedziecie głodni i spragnieni po północy, nie dostaniecie jedzenia czy powitalnego drinka. Kiedy przyjechaliśmy do Seagulla i rozpakowaliśmy się, zaczęło świtać..szkoda czasu na spanie ...szybki prysznic, piwko i na śniadanie...

Dzień 2 - smażing, plażing, shopping...

Dla nas można powiedzieć, ciąg dalszy dnia pierwszego, bo poza drzemką w samolocie nie spaliśmy, ale jak pisałem wcześniej szkoda czasu na sen będąc w Egipcie. Regenerujemy się i odpoczywamy w hotelu, po obiedzie udajemy się na mały shopping, a wieczorem na spotkanie na Marinie... Wiemy, że jutro trzeba wstać o 3.30, gdyż o 4 wyjeżdżamy do Luxoru...
















Dzień 3 - zaczynamy przygodę...


Noc była krótka :) , pobudka 4 rano... szybka toaleta i yalla..Zdajemy pokoje, bierzemy lunch boxy, Ahmed czeka już na nas w lobby. Pakujemy się do busa i ruszamy w drogę do Luksoru, który jest pierwszym punktem zwiedzania naszego programu. Z Hurghady do Luksoru jedzie się około 4 godziny, z jedną przerwą w pustynnym barze, gdzie można skorzystać z WC, wypić kawę, zapalić shishę, a nawet zrobić zakupy...Podczas przejazdu znów szkoda czasu na spanie, gdyż za oknem piękne widoki..pustynia...wschodzące słońce, małe wioski, w których budzi się kolejny- egipski dzień,  a potem miasta...











Po 4 godzinach dojeżdżamy do Luksoru i kierujemy się do położonego 2km dalej Karnaku. Karnak to część starożytnych Teb (czyli stolicy państwa faraonów), zwany kiedyś "Ipet - Isut" czyli  "Najbardziej Dobrane z Miejsc", leżące na wschodnim brzegu Nilu. Teby wpasowały się idealnie w starożytną egipską religię. Wszystko co związane było z narodzeniem, z czymś nowym, budowane było na wschodnim brzegu Nilu - nawiązując do boga słońca Ra, który  rozpoczynał nowy dzień pchając słońce od wschodu. Dlatego tylko tu mogła powstać królowa egipskich świątyń - Świątynia Amona.  Mówi się tak potocznie, gdyż tak naprawdę to cały kompleks świątynny, który powstawał przez przeszło 1000 lat, stając się dziełem wielu faraonów. Już z daleka widać ogrom i niesamowitość świątyni, do której prowadzi  aleja procesyjna, udekorowana po obu stronach sfinksami z głową barana (bóg Amon był przedstawiany pod postacią barana). 







Jestem tu już trzeci raz...i zdaje sobie sprawę, że nigdy do końca nie poznam tej świątyni..No bo jak zwiedzić dokładnie obiekt o powierzchni 100 hektarów? To jest właśnie kwintesencja niesamowitości Egiptu..Nigdy nie poznasz go do końca... Mijając pierwszy pylon wchodzimy na teren świątyni Amona...nie wiadomo na co patrzeć...czy na piękny posąg Ramzesa Wielkiego, czy  na pozostałość po starożytnej rampie budowniczych, a może na sfinksa z głową Tutenchamona. Wielkość świątyni przytłacza i od razu nasuwa się myśl, jak świątynia musiała wyglądać w czasach świetności, gdy była kolorowa i kompletna. 












Nasz przewodnik Ahmed opowiada nam o historii świątyni i rytuałach, które się tu odbywały. Ponieważ jest z wykształcenia egiptologiem, ma niesamowitą wiedzę, którą dodatkowo  świetnie przekazuje. Największe wrażenie robi sala hypostylowa, która mogłaby pomieścić Bazylikę Św. Piotra z Rzymu, to właśnie tu odbywały się koronacje faraonów. Sala, którą podpierały 134 pięknie rzeźbione kolumny o wysokości 23m musiała być mistyczna. Jak wspomniałem wcześniej, jesteśmy na wschodnim brzegu Nilu , dlatego tu zaczynały się kadencje nowych władców Egiptu. Na sklepieniach widać kolorowe malowidła, które zachwycają od tysięcy lat. Zawsze towarzyszy mi tu to niesamowite uczucie - stoję w miejscu, gdzie kilka tysięcy lat temu stąpali faraonowie, którzy już w czasie koronacji myśleli, gdzie by umieścić swoją świątynię w kompleksie, tak aby przebić poprzednika...




















Widząc ten cud egipskiego budownictwa, nie dziwi fakt, że w szczycie pracowało tu przeszło 80 tysięcy ludzi...kapłanów, straży, chłopów, robotników. Niesamowitość czai się tu na każdym kroku...Nie raz widzę ciekawe ujęcia z Karnaku na Instagramie i zastanawiam się w jakiej części świątyni foto zostało zrobione, gdyż miejsc na ciekawe zdjęcia jest tu od groma. 
















Jednym z bardzo rozpoznawalnych miejsc w kompleksie jest pomnik skarabeusza, którego według legendy trzeba okrążyć siedmiokrotnie, myśląc jednocześnie życzenie...które oczywiście w krótkim czasie się spełni. Skarabeusz był bardzo ważnym symbolem starożytnego Egiptu, uważano go za święte zwierzę (utożsamiane z bogiem Ra), które przynosi szczęście.



Obok pomnika skarabeusza, znajduje się święte jezioro, w którym kapłani obmywali się przed przystąpieniem do religijnych rytuałów. Tu również obmywał się sam faraon przed ceremonią koronacji...W starożytności jezioro otoczone było pięknymi ogrodami...



Po ponad dwóch godzinach opuszczamy świątynię pełni podziwu, by przeprawić się motorówką na zachodni brzeg Nilu na lunch.












Po lunchu przyszedł czas na zakwaterowanie na statku. Mamy okazję poobserwować to co bardzo lubię..prawdziwe egipskie życie...handel, trąbienie samochodów, Egipcjanki niosące zakupy na głowie, mężczyźni pijący kawę i palący shishę w licznych kawiarenkach, no i domy, nigdy nie dokończone, w celu ominięcia podatków, które płaci się tylko za kompletne budynki.








Po kilkunastu minutach stajemy twarzą w twarz z "Radamisem", naszym statkiem, na którym przyjdzie nam spędzić kilka kolejnych dni...






Radamis ma kategorię 5*, o statku mogę się wypowiedzieć w samych pozytywach. Czysto, pachnąco, kajuty wielkościowo w zupełności wystarczają, codziennie sprzątane, sejf, tv, łazienka z wanną i prysznicem. Jedzenie bardzo smaczne w formie bufetu, do śniadania napoje, kawa, herbata, karkade, do obiadu i kolacji napoje są dodatkowo płatne. Tu od razu nawiążę do formuły all inclusive, do której jesteśmy przyzwyczajeni w kurortach. Na statku można sobie taką formułę wykupić, jednak i tak napoje alkoholowe i bezalkoholowe są racjonowane. W sumie wydaje się to logiczne, ciężko by było na statek załadować tyle alkoholu i napoi, żeby nigdy niczego nie zabrakło. Poza tym rejs jest bogaty w zwiedzanie, a co za tym idzie dużo czasu spędza się poza statkiem. Główną atrakcją statku jest górny pokład, na którym znajdują się leżaki, basen oraz stoliki z krzesłami, gdzie można godzinami siedzieć i podziwiać niesamowite widoki, przy relaksującej muzyce.


  

  

        

Szybki rekonesans na statku zrobiony, w końcu można się rozpakować, gdyż zagościmy tu parę dni. Dziś w programie mamy jeszcze wizytę w Świątyni Narodzenia Amona - nazywaną również Świątynią Luksorską, którą będziemy podziwiać w blasku zachodzącego słońca, a następnie w świetle gwiazd. Pomimo , iż to moja trzecia wizyta w Luksorze, tą świątynie widziałem zawsze tylko z Nilu. No to yalaaa...Jedziemy busikiem ok. 15 minut obserwując to co lubię najbardziej - prawdziwe egipskie życie... Na miejsce dojeżdżamy gdy Ra przepycha już słońca ku zachodowi. Widok świątyni o tej porze jest piękny. Tu parę słów o samej budowli. Jak wspomniałem wcześniej wszystko co tyczy się życia i początku znajduje się na wschodnim brzegu Nilu, oczywiście z samej nazwy - Świątynia Narodzin Amona - można wywnioskować na którym brzegu się znajdujemy. Świątynia Luksorska jest połączona ze Świątynią Amona w Karnaku Aleją Sfinksów o długości 3km. Budowę rozpoczął Amenhotep III,  jego następcy kontynuowali dzieło, aby ostateczny kształt osiągnęła za czasów Ramzesa II. Przed pylonami świątyni stanęły dwa 25 metrowe obeliski, dziś można podziwiać tylko jeden, gdyż drugi znajduje się...w Paryżu. Obelisk był prezentem od narodu egipskiego dla narodu francuskiego, został przekazany w 1833r., by trzy lata później stanąć na Placu Zgody, gdzie stoi do dziś. Warto przytoczyć, że Francuzi mieli dostać obydwa obeliski, ale ich transport stanowił tak duże wyzwanie, że poprzestali tylko na jednym. Wyobraźcie sobie...Francuzi mieli problem w XIX wieku, podczas gdy Egipcjanie dali sobie radę przeszło trzy tysiące lat temu. Ustawienie obelisku we Francji było wydarzeniem dekady, w ramach wdzięczności do Egiptu przekazano zegarek, który niestety nie działał ;) Wracamy do naszej świątyni. Przed pylonami oprócz obelisku znajdują się dwa piękne posągi Ramzesa II Wielkiego, było ich sześć, ale do naszych czasów przetrwały dwa. 









Przechodzimy pod pylonem świątyni i wchodzimy na teren dziedzińca Ramzesa II , po prawej stronie  natomiast znajduje się kaplica Hatszepsut. Dziedziniec Ramzesa II połączony jest z dziedzińcem Amenhotepa III podwójną kolumnadą z głowicami w kształcie rozwiniętych kwiatów papirusa. Po lewej stronie nad świątynią góruje meczet Abu al Haggag, a sama świątynia za czasów rzymskich służyła jako kościół chrześcijański. Można więc zaobserwować tu wpływy trzech religii..
















Słońce zaszło, świątynia jest klimatycznie podświetlana, w blasku gwieździstego nieba wygląda jeszcze bardziej mistycznie...














Świątynia Narodzin Amona żegna nas pięknym widokiem...Czas wracać na statek i trochę odpocząć, jutro czekają nas kolejne atrakcje, a pobudka już 3.30 :).


Dzień 4 - takich widoków się nie zapomina...

Od 3.30 kiedy tylko zadzwonił telefon (budzenie), wiadomo było, że ten dzień będzie wyjątkowy, zaczynamy go bowiem lotem balonem nad Luxorem. Gdy przyjeżdża po nas bus jest jeszcze noc, chodzi o to, aby  nie tylko podziwiać starożytne Teby z lotu ptaka, ale również zobaczyć z wysokości wschód egipskiego słońca. Ponieważ jesteśmy na wschodnim brzegu Nilu, busik dowozi nas nad brzeg Nilu, gdzie przeprawiamy się motorówką na zachód. Nil - jak zawsze spokojny, Luxor jeszcze śpi pięknie oświetlony, nie słychać titititi. Po dopłynięciu na zachodni brzeg Nilu znów wsiadamy do busa, który wiezie do celu. Po drodze mijamy miejsca, w których dziś jeszcze  będziemy...Kolosy Memnona oraz majestatycznie wyglądająca w świetle gwiazd Świątynia Hatszepsut. To właśnie na przeciwko świątyni w Deir el Bahari, znajduje się polana skąd starują balony...dojeżdżamy. Widać już ruch obsługi, kilka rozłożonych balonów, pojawia się mała adrenalinka... Obsługa przeprowadza szybkie szkolenie z pozycji którą trzeba będzie przyjąć podczas lądowania, informuje, że ze względów bezpieczeństwa nie wolno robić zdjęć podczas lotu (co początkowo mnie zasmuciło) oraz, żeby pozostawić plecaki, torebki, kamery w busie. Mamy chwilę, więc chcemy wykorzystać ją na fotki, których (jak początkowo sądziliśmy), nie będzie można robić w powietrzu...










    
Po kilkunastu minutach balony są już gotowe do startu, słychać co chwilę charakterystyczny dźwięk buchających ogniem palników, dzięki którym czasza balonu wypełnia się nagrzanym powietrzem. No to już nie ma odwrotu ;), wchodzimy do kosza, łącznie dziesięć osób i kapitan. 
Dobre wrażenie robi kapitan balonu, ubrany w białą koszulę z odznaczeniami, spodnie na kant, białe rękawiczki, jednym słowem jak kapitan z samolotu. Powoli unosimy się w górę. Początkowo nieśmiało robimy zdjęcia, ale po chwili okazuje się, że kapitan nie ma nic przeciwko, żebyśmy uwiecznili to niesamowite wydarzenie, zaczyna świtać.










Wzbijamy się coraz wyżej, balon wydaje się płynąć, jest spokojnie, bezwietrznie, kapitan kieruje się bliżej Świątyni Hatszepsut , im wyżej tym widać więcej, po chwili wyłania się Dolina Królów. Inne balony są już wyżej od nas, przez chwilę nawet myślę, że nie za bardzo mi się chce lecieć aż tak wysoko, ale upajam się widokami. Kolosy Memnona z góry nie są już kolosami, widać luksorskie domy, pola, piękny Nil. Powoli zza horyzontu wyłania się słońce, które Ra przepycha zwiastując nowy dzień.

















Widoki są obłędne, kapitan informuje, że znajdujemy się na wysokości 750 metrów, kierujemy się w stronę wschodniego brzegu Nilu, widać Świątynie Amona w Karnaku, z tej wysokości wydaje się jakby można było ją zwiedzić w kwadrans ;). Kończy się Luxor, na horyzoncie widać pustynie w pełnym już słońcu.





Obniżamy lot kierując się na pustynię, gdzie widać już obsługę czekającą na nasze lądowanie.






Na polecenie kapitana przyjmujemy odpowiednią pozycje, w szczelinach kosza widać czubki palm,  po chwili ocieramy się o ich liście,  dachy domów, coraz niżej i niżej i... bum... Pierwsze uderzenie o ziemię, obsługa rzuca się na kosz, przytrzymując go byśmy znów nie polecieli do góry. Lądowanie balonem nie jest takie proste, trzeba przecież położyć czasze w odpowiedniej pozycji, sama procedura trwa około dziesięć minut. No i koniec, stąpamy po ziemi, lot był świetny i perfekcyjnie zorganizowany, dostajemy nawet dyplom, obsługa prosi o napisanie referencji, dajemy bakszysz - w pełni zasłużony, no i yalla busem wracamy na statek. 

  

CDN...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz